[Koalicja-l] Wydawcy chcą współpracować z MEN przy "Cyfrowej szkole" [list]

Marcin Wilkowski marcin w wilkowski.org
Pią, 15 Cze 2012, 09:35:15 CEST


Historia ostatnich 23 lat pokazuje, że to właśnie doświadczeni wydawcy
edukacyjni w dużej mierze odpowiadają za rozwój oświaty w Polsce,
zarówno za rozwiązania cyfrowe, jak i tradycyjne. Tymczasem
zaproponowany przez MEN model z góry eliminuje ich z uczestnictwa we
współtworzeniu projektu "Cyfrowa Szkoła" - ze szkodą dla polskich
uczniów i nauczycieli.

W związku z artykułem Aleksandry Pezdy "Bojkot e-podręczników",
opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" 6 czerwca 2012 roku, chciałbym
przedstawić odmienny punkt widzenia oraz wyjaśnić szereg kwestii,
które wymagają doprecyzowania. W podtytule autorka stwierdza: "Rząd
szykuje przewrót podręcznikach. Ale wydawcy boją się strat i nie chcą
ich produkować dla MEN. Czy to storpeduje e-rewolucję w szkołach?".

Czego nie wie rząd, ale wiedzą wydawcy

Pamiętajmy jednak, że rewolucja technologiczna przebiega
spontanicznie, nie ma od niej odwrotu i wszyscy profesjonaliści
zaangażowani w edukację doskonale to wiedzą. Rząd, ogłaszając swoje
projekty cyfryzacyjne, jedynie może coś przyspieszyć, ewentualnie
spowolnić albo najzwyczajniej zepsuć, jak to czasem bywa w gospodarce
rynkowej, gdy biurokracja państwowa "wie lepiej".

Wydawcy edukacyjni w Polsce, zresztą w większości są to firmy
wchodzące w skład dużych międzynarodowych korporacji amerykańskich,
brytyjskich czy fińskich, od kilku lat oferują uczniom i nauczycielom
zarówno tradycyjne podręczniki, jak i ich wzbogacone wersje
elektroniczne.

Większość wydawców edukacyjnych nie zbojkotowała konkursu na
e-podręczniki. Po prostu - w ramach zaproponowanych warunków nie była
w stanie zaoferować produktu finalnego, który jakością dorównywałby
innym ich podręcznikom. Dlaczego?

Przygotowanie dobrego podręcznika, który przejdzie ostre sito recenzji
ekspertów Ministerstwa zajmuje czas, wymaga zespołu mającego duże
doświadczenie w pracy z nauczycielami i jest kosztowne - praca, wiedza
i talent autorów i redaktorów ma swoją wartość. Nic więc dziwnego, że
autorzy (a nie tylko wydawcy!) i właściciele praw autorskich nie godzą
się na model przekazania praw do podręczników, zaproponowany przez
MEN.

Dodatkowo - proponowana licencja oparta na tzw. wolnych zasobach
umożliwia każdemu dowolną modyfikację treści, pod warunkiem podania
źródła. To, co sprawdza się w Wikipedii - zbiorze wiedzy dość różnej
jakości, gdzie często przy haśle można przeczytać "artykuł wymaga
uzupełnienia", nie powinno mieć miejsca przy podręczniku. Tu liczy się
każde słowo, przecinek i cyfra. Za ich jakość i sens odpowiadają
doświadczeni autorzy i recenzenci, a każda modyfikacja może oznaczać
zaprzeczenie pomysłów i idei, które zawarli w oryginalnym materiale.

Za błędy odpowiedzą dzieci!

Odpowiedzialność, jaką bierze na siebie wydawca podręcznika, jest
ogromna. To on decyduje, w jaki sposób młodzież będzie się uczyć oraz
jaką wiedzę i umiejętności ma zdobywać. Nie ma tu miejsca na
entuzjastyczne, ale najczęściej nieprofesjonalne treści tworzone przez
amatorów.

Za błędy w podręcznikach nie zapłacą politycy ani urzędnicy.
Konsekwencje poniosą nasze dzieci - na egzaminach lub w dorosłym
życiu. Zrozumieli to Brytyjczycy, Hiszpanie, Skandynawowie, którzy
wyciągnęli wnioski ze swoich błędów oraz zbyt entuzjastycznego i
bezkrytycznegopodejścia do rządowych podręczników czy
"wiki-podręczników".

Urzędnicy z MEN i ich doradcy zapominają, że spektakularne projekty
oparte na wolnych licencjach powstawały w wyniku oddolnej
spontanicznej inicjatywy tysięcy wolontariuszy, którzy m. in.
współtworzą Wikipedię, doskonalą przeglądarkę Mozilla Firefox czy
system operacyjny Linux. Obawiam się, że będzie dość trudno zbudować
"Polską Wikipedię Edukacyjną" w systemie nakazowym, z wiodącą rolą
MEN. Na razie nigdzie w świecie to się nie udało.

Wydawcy zaproponowali podejście bardziej odpowiedzialne: uczmy się na
błędach innych, nie eksperymentujmy na polskich uczniach oraz nie
wyważajmy już otwartych drzwi za pomocą chwytliwych, ale mało
odpowiedzialnych pomysłów. Bo one zagrażają procesowi cyfryzacji
szkół, tak bardzo potrzebnej i od lat wspieranej przez wydawców,
którzy zaproponowali swoje wsparcie stronie rządowej i chęć
podzielenia się wieloletnim doświadczeniem na kilku spotkaniach
przedstawicieli resortów edukacji, cyfryzacji i grupy największych
wydawców edukacyjnych. Od niemal dwóch miesięcy wydawcy czekają na
wyznaczenie terminu spotkania, na którym strona rządowa miała
ustosunkować się do propozycji wydawców. Kto, co, i kogo bojkotuje?

Dobre i dla uczniów, i nauczycieli

Profesjonalni wydawcy edukacyjni są pionierami w cyfryzacji edukacji w
Polsce. To oni od wielu lat tworzą multimedialne dodatki i
uzupełnienia, które można znaleźć dołączone do podręczników, prowadzą
portale ułatwiające przyswajanie i utrwalanie zdobytej wiedzy.

Przygotowują również wiele materiałów wspierających nauczyciela w
prowadzeniu zajęć, wykorzystujących najnowsze rozwiązania
technologiczne - na przykład oprogramowanie do tablic interaktywnych.
To również oni od ponad 20 lat w dużej mierze odpowiadają za postęp w
dziedzinie edukacji szkolnej - poprzez wprowadzanie nowych i
atrakcyjnych podręczników, ale przede wszystkim za sprawą szkoleń dla
nauczycieli w zakresie najlepszych praktyk edukacyjnych.

Faktem jest też, że tak jak w każdej dziedzinie życia również w
dydaktyce nauczania obserwujemy dynamiczny rozwój, stąd też na
przestrzeni lat zmieniają się podręczniki i zawarte w nich metody
kształcenia. I jest to kolejny argument podnoszony przez środowisko
wydawców edukacyjnych: podręczniki muszą być ciągle rozwijane,
aktualizowane i wzbogacane o nowoczesne i kosztowne w przygotowaniu
treści i narzędzia.

Uważam, że jedną z największych zdobyczy demokratycznej Polski po
przemianach 1989 roku są najwyższej jakości podręczniki szkolne,
powstające w prężnym konkurencyjnym otoczeniu, jak przystało na
gospodarkę wolnorynkową. Nie da się kwestii podręczników rozwiązać
jednym zamówieniem publicznym!

Rząd niech zadba o infrastrukturę informatyczną

Znacznie lepszym pomysłem ze strony rządu niż tworzenie jednego
słusznego e- podręcznika jest wyposażanie szkół w infrastrukturę
informatyczną i telekomunikacyjną. Ministerstwo chce również wspierać
nauczycieli w ciągłym doskonaleniu ich umiejętności i skutecznym
wykorzystywaniu najnowocześniejszych technologii i urządzeń w procesie
edukacyjnym. Dlatego pozostawmy tworzenie podręczników specjalistom.
Tu nie ma miejsca na groźne i być może szkodliwe eksperymenty na
młodym pokoleniu Polaków.

Jako przykład dobrego e-podręcznika podaje się projekt wydawnictwa
FunMedia, "wykonane w rok, od szkoły podstawowej do liceum". Dodajmy,
że ten podręcznik powstał za pieniądze unijne (85% wartości
sfinansowane ze środków unijnych -
http://funenglish.pl/files/Tablica_Informacyjna_A3_2011.pdf) i jest to
kolejny produkt, który nie jest używany w szkołach. Jego cena to
prawie 300 zł, co oznacza, że komplet do wszystkich przedmiotów takich
e-podręczników do 4 klasy kosztowałby ponad 2 000 złotych!

Śmiało można zaryzykować stwierdzenie: "rodziców nie będzie stać na
takie rozwiązanie, a rząd nie powinien wspierać tego typu inicjatyw!"
A przy okazji - nie jest to bynajmniej produkt oparty na wolnej
licencji. FunMedia chwali się m.in. sprzedażą sublicencji na rynek
niemiecki. I gdzie tu konsekwencja, jakiej domagają się doradcy
Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, aby z pieniędzy budżetu
państwa bądź Unii Europejskiej powstawały wyłącznie zasoby otwarte?

Wydawcy muszą się bronić

Przypomnę też, że Ośrodek Rozwoju Edukacji ogłosił dwa oddzielne
konkursy: na zawartość merytoryczną podręcznika, oraz na część
technologiczną, dotyczącą rozwiązań związanych z dostępem i
korzystaniem z e-podręczników, niezależnie od ich tematyki czy
zawartości merytorycznej.

Firma pwn.pl z racji swojego doświadczenia przystąpiła do konkursu
właśnie na partnera technologicznego. Według prezesa tej spółki pwn.pl
chciało swoją obecnością zagwarantować najwyższą jakość rozwiązań
technologicznych w projekcie, opartą na wieloletnim doświadczeniu w
edukacji. "Niech dzieci przynajmniej posługują się narzędziami o
standardzie europejskim, ale dostosowanymi do polskich warunków. Tu,
niestety, nie wystarczy sprawny informatyk i dobra wola. Trzeba znać
warunki pracy szkół i nauczycieli oraz ich potrzeby."

Choć rynek wydawniczy wart dziś ok. 1 mld zł, to nie na tym polu
rozgrywać się będzie walka o przychody z cyfryzacji szkół.

Jeśli na sprzęt, dostęp do bezprzewodowego internetu i inne wstępne
inwestycje infrastrukturalne, nie licząc kosztów administrowania
siecią, potrzeba, jak szacują niektórzy eksperci, ok. 500 tys. złotych
dla jednej szkoły, to aby włączyć wszystkie placówki szkolne do tego
systemu, rząd i samorządy terytorialne muszą znaleźć ponad 12 mld
złotych.

Lobbyści i agencje PR, pracujący na rzecz dużych korporacji z branży
IT, już się uaktywnili, co wydawcy uznają za rzecz normalną, nie ma
więc chyba nic złego i w tym, że wydawcy również zatrudnili swoich
lobbystów.

Podsumowując, nie ma nic nadzwyczajnego w sytuacji, w której branża
wydawnicza broni swoich dokonań i swojej racji bytu w każdy sposób
dopuszczalny prawem i dobrym zwyczajem. Zwłaszcza, że historia
ostatnich 23 lat pokazuje, że to właśnie doświadczeni wydawcy
edukacyjni w dużej mierze odpowiadają za rozwój oświaty w Polsce,
zarówno za rozwiązania cyfrowe, jak i tradycyjne.

Tymczasem zaproponowany przez MEN model z góry eliminuje ich z
uczestnictwa we współtworzeniu projektu "Cyfrowa Szkoła" - ze szkodą
dla polskich uczniów i nauczycieli.

Mimo to wydawcy podtrzymują dobrą wolę współpracy i apelują o
uwzględnienie w tym projekcie ich doświadczeń i sugestii w tworzeniu
cyfrowych modeli edukacyjnych. Są też otwarci na każdy pomysł, który
będzie gwarantował rozwój konkurencyjności rynku, a nie ją ograniczał.

Grzegorz Boguta, do 2000 roku prezes zarządu PWN, obecnie doradca
międzynarodowych korporacji wydawniczych i analityk rynku książki


http://wyborcza.pl/1,126764,11935227,Wydawcy_chca_wspolpracowac_z_MEN_przy__Cyfrowej_szkole_.html


Więcej informacji o liście koalicja-l